Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paraportaz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paraportaz. Pokaż wszystkie posty
3

Nie deptać trawników!

niedziela, lipca 04, 2010

Rodzinna miejscowość. Wychodząc z bloku zerkam na informacyjną tablicę, umieszczoną tuż przy drzwiach budynku. "Proszę wycierać buty" - hasło z czerwonej kartki grzmi do mieszkańców. W ogłoszeniach tuż obok informacja z odnośnikiem, że wszystkie drzewka i krzewy posadzone wokół spółdzielczych bloków zakupiono z pieniędzy członkowskich, zatem każdy powinien dbać o roślinność...

...i nie daj Bóg nie zauważyć, kiedy szczeniak na rowerku rozjeżdża choineczkę, albo inny po przegranym meczu łamie kikuty przyszłych drzew.

Ruszam dalej. Podczas rzutu workiem do pojemnika na śmieci dowiaduję się, że "śmieci należy wyrzucać wyłącznie do pojemników", a dzięki tablicy tuż obok wiem, że zaparkowanie w miejscu dla śmieciarek grozi szybkim odholowaniem pojazdu. Trafiłem do kontenera - sukces! - i ucieszony wypełnieniem obywatelskich obowiązków sunę dalej chodnikiem. Bo chociaż drzew i krzewów na możliwej, krótszej trasie przez trawnik nie ma, jest za to tabliczka wyrastająca z bujnej zieleni "nie deptać trawników!".

Oszołomiony nakazami powoli tracę ochotę na spacer. Na skrzyżowaniu osiedlowej, płytowej drogi z większą, ale równie płytową i osiedlową ulicą, skręcam w lewo, po piwo do sklepu, żeby w upał doświadczeń nadmiaru przepisów ochłonąć na balkonie wychodzącym na łąkę. Wydeptana, skrótowa ścieżka, kierująca z chodnika na piaskową, boczną, niemal polną dróżkę w sypialnianej części miasteczka, jakaś inna niż zwykle. Dawna trawiasta dolinka przylegająca do skrótu zasypana piachem, cegłami i fragmentami tynku, wyrównanymi tak, by nie przeszkadzały przechodzącym. Ze zwycięsko zatkniętym po środku sztandarem-komunikatem: "Teren spółdzielni mieszkaniowej, zakaz wysypywania gruzu".

Zastanawiam się tylko, czy depczę trawniki, bo mi zakazano, czy zakazano mi, bo je depczę. I czy narzutowe głazy blokujące możliwość wjazdu na trawnik z tyłu budynku, tuż pod klatki schodowe, są tam tylko po to, by sąsiedzi musieli je co jakiś czas przesuwać, wjeżdżając z ładunkiem nowych mebli pod drzwi, bo łatwiej je wówczas wnieść do mieszkania. Pozastanawiałbym się jeszcze nad przyczynami, skutkami, nad kulturą wiejską przeszczepioną do miasta i małomiasteczkowym, pogermańskim, pruskim przyzwyczajeniem do przepisów części mieszkańców, nad możliwym wpływem ukraińskich przesiedleńców i zabużańskich "samych swoich" i nad popeerelowskimi kadrami spółdzielni mieszkaniowej. Ale łatwiej otworzyć piwo i poopalać niż przez resztę dnia psuedointelektualnie... wkurwiać.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Czytaj dalej...

3

Kentucky

niedziela, listopada 22, 2009

Jedzą. W tempie muzyki sączącej się z głośników. Niezbyt nahalnej, ale dynamicznej, nadającej tempo. Nie za szybko, nie za wolno. W sam raz, by się nieco zapomnieć, wsłuchać w melodyjny potok soczystych basów i raz po raz zatapiać zęby w pachnących wciąż tak samo dobrze frytkach. Sielska atmosfera pochłaniania bezimiennych kęsów zakłócona jest co prawda obrazami wyświetlanymi na potężnym telewizorze, z oryginalnym podkładem zastąpionym przez śniadaniową muzyczkę. Cóż z tego, chwilowa niepewność wywołana medialnym zgrzytem, niekompatybilnością obrazu i dźwięku, tym bardziej skłania do wygarnięcia z kubełka kolejnej gorącej porcji. Nie można pozwolić, by niepokój nami zawładnął. Tu i teraz jesteśmy bezpieczni, zaspokajając podstawowe potrzeby ciepła, relaksu i pożywnej strawy, z boku zerkając na przemykające tramwaje i samochody pędzące w pauzie porannych korków.

Kubełek. "Podać dwa talerzyki?" - "Jeden wystarczy" - gruby gość zasiada w miejscu przy oknie. Jakby chciał pochwalić się upolowaną właśnie zwierzyną, pożerając ją na wystawie szybkodajni. Raz za razem, skrzydełko za nóżką, pierś za frytką, aż sięgnie dna. Obliże usta, przetrze twarz serwetką i pełny szczęścia ruszy na wojnę z rozpoczynającym się dniem. Zadowolony goryl gotowy do kopulacji z rzeczywistością.

Zestaw. Pożerany przez gościa na przeciwko mnie. Zerka co rusz w moją stronę, robiąc dziwaczny grymas, odsłaniający prawą część zębów. Jakby chciał warknąć, odgonić słabszego osobnika, który zdołał uchwycić jedynie kubek kawy i wyciągnął z plecaka padlinę wczorajszej, wieczornej kanapki, podpłomyk upieczony w domu, nieociekający świeżym tłuszczem triumfalnie zdobytych zwierząt. Grymas jest jednak niekonsekwentny. Druga połowa klawiatury szczerzy się w pełnym, na ile to możliwe w przypadku połówek, uśmiechu zadowolenia, który zdaje się wzrastać, wydymając jednocześnie drugą, spsiałą w skurczu część niby ludzkiej mordy. Wstaje. Zestaw kubełkowi nie może dorównać, ale i myśliwy mniejszy. Wyszedł na wojnę, gotowy się bronić przed złowrogą napaścią.

Loża. Za parawanem z drewnianej sklejki debatują w garniturach dwa stare szympansy. W powadze twarzy nie widać radości z pożartego zwierza. Chyba nawet nie zabrali się do poważnej konsumpcji. Popijając kofeinowy napój radzą, planują strategie. Kubełek to nie ich ranga, zestaw mógłby ich przyprawić o skurcz przepony. Weszli zapewne przypadkiem, a może chcieli schować się na moment przed ludzkim potopem podmywającym kamienice. W zwierzodajni najciemniej, wszyscy skupieni na ulotnej przyjemności, porannym wypasie. Zerkam na jednego, mam wrażenie, że widziałem w telewizji. Ale zwracam na siebie uwagę i przepędzony krzywizną dwóch twarzy wracam na swoje miejsce.

Skąd ja się wziąłem w tej opowieści, spytacie? W poszukiwaniu bezpiecznego schronienia, dałem sześć złotych za pewność powtórki kawowej radości, za chwilę bezpieczeństwa i elektryczny kontakt. Schowałem się tam, gdzie dość ciemno, by móc jaśniej spojrzeć na poranek, na moment przed własną walką. W tłumie raźniej, a najbezpieczniej pod znajomym i sprawdzonym batem, w rzeźni, która gdzie indziej, choć wciąż ta sama...
Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Czytaj dalej...

0

Jednoręki bandyta

czwartek, listopada 05, 2009

Otwieram drzwi. Z ciepłego, ale dusznego parkingu wychodzę na korytarz. Ruchome schody do góry. Na zerowym poziomie galerii sami młodzi ludzie. Właściwie młode dziewczyny. Spacerują dwójkami, a częściej trójkami i tłoczą się również wokół stoiska RMF MAXX. Dwóch młodych didżejów na podeście otoczonym ścianami, niczym hot-dog budka albo większe stoisko z cukrową watą, puszczają dziewuszkom ulubione piosenki. Pewnie z VIVY albo innej stacji z dobrym klab-bitem. Przechodzę tuż obok, zerkając do wnętrza perfumerii, jakby któryś z młodych speców od klabingu miał przez mikrofon zagaić do mnie. A gada przecież nieustannie do galerianek, chociaż głowy nie dam, czy wszystkie laseczki, które krążą wkoło, handlują tyłkami za nową bluzeczkę lub odtwarzacz multimediów. W każdym razie tak się prezentują, jakby czekały na okazję. A może to tylko kwestia wieku i naiwnego, głupawego wręcz wyrazu twarzy, chichotu w gronie koleżaneczek i maszerowania mini szeregami niczym na wybiegu.


Ruszam dalej, w kolejnych korytarzach dziewczynek coraz mniej. Przy delikatesach sączą, siedząc na ławeczkach, tanie napoje, które kupiły pewnie za wyżebrane od starych złotówki. Pojąć nie mogę, gdzie typowi klienci, zapadli się pod ziemię? Siedzą w pracy, nie mając pojęcia, że ich córeczki szwędają się po galerii. Naoglądały się filmów, naczytały tekstów na topie, czy też galeriankowy trend rozszedł się pantofelkowym e-mailem wśród gimnazjalistek? Pomiędzy nimi ja. Przypadkowy facet, kręcący się w tę i z powrotem. Ochroniarz zerka na mnie podejrzliwie, mam wrażenie, że kamery płyną za mną, chcąc dostrzec, czy przypadkiem nie szukam bluzeczki... dla piętnastoletniej koleżanki.

Złażę na parking. Wskakuję do samochodu i wyjeżdżam z koszmarnego snu galerii. Odjeżdżam i zaraz skręcam do hipermarketu, tuż obok handlowego centrum. Wysiadka i zwrócenie uwagi, że żebrzący klan gdzieś zniknął. Kartka "szanowni klienci, wszystkie wózki są darmowe". Wszystko jasne, nie ma skąd wyciągać pieniędzy. Odprowadzenie wózeczka było dobrą wymówką, żeby zbierać złotówkę do złotówki.

Ruchomym chodnikiem do góry. Z czarnego w białe. Kolorowe stroje laseczek zastąpione beretami, wytartymi płaszczami. Na dzień dobry zostaję najechany wózkiem przez kobiecinę, która uważa, że ma pierwszeństwo i nie rozgląda się dookoła. Przed wejściem na sklep stoisko z młodymi ludźmi, którzy zachęcają do wypełnienia ankiet, obiecują wygrane. Babiczki stoją w kolejce po szczęście. Biorę koszyk. Wśród zmęczonych trzydziestoparoletnich żon, pchających wózki bez namiętności, dziadków, którzy zapewne tropią żydowski spisek i pań z modlitewnikiem w torebce. Nie jestem bezrobotny, nie interesuje mnie "real quality", długo przystaję przy omijanym przez wszystkich stoisku z chińszczyzną. Dopiero po ściągnięciu z półki z ogromnym napisem "OKAZJA" dwóch opakowań promocyjnej margaryny, przestaję zwracać na siebie uwagę.

Kasa. Podejrzany klient, galeryjny pedofil, Żyd wśród moherowych emerytów. Gdybym jeszcze kupił cokolwiek w galerii lub nabył najtańsze produkty w markecie. Nawet nie mogę się odwdzięczyć za zbyt długą brodę, oddając monetę z wózka... Chwila - już wie, już spojrzał mi w oczy z końca parkingu. A przecież tylko przez mrugnięcie oka zerknąłem w jego stronę. Odwracam głowę, przyspieszam kroku. On ma wszystko perfekcyjnie wyliczone i przyłapuje mnie przy samych drzwiach samochodu - dzień dobry, jestem bezdomny, pomoże pan? - i obaj wiemy, że nie chodzi o obiad ani pracę. Wygrzebuję złotówkę i odjeżdżam. Ze świadomością, że zapłaciłem podatek za święty spokój, stając się jednoczesnie stoiskiem didżejskim dla gimnazjalnych panienek, kuponem loteryjnym dla emerytów i ludzi na zasiłku. Taki automat o niskich wygranych, z którego bezdomny może wyciągnąć zeta, zbierając na wino.
Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Czytaj dalej...

3

Rzeź kaczek

poniedziałek, sierpnia 04, 2008

Zapowiedzieli to już wczoraj. Mieli wstać o piątej rano i zabrać się do roboty. Ostatecznie stanęło na ustawieniu budzika na szóstą, a na dobrą sprawę zaczęło się godzinę później. Kiedy wyszedłem o siódmej z psem na spacer, zwierzęta były już wybrane. Jeśli dobrze pamiętam, było ich sześć. Nieco się zdziwiłem, bo przed kurnikiem biegały przecież kaczki, ale gdy przystanąłem na chwilę, usłyszałem przeraźliwe kwakanie wyznaczonych na śmierć. Siedziały stłoczone w ciasnej drewnianej skrzyni. Mirek gotował obok domu wodę w wielkim kotle i między pustaki dokładał co chwilę drewno, żeby woda szybciej się zagotowała, ale i mogła gotować dłużej. Zastanawiałem się, do czego później posłuży, ale nie potrafiłem wymyślić nic sensownego.

Zapowiedzieli to już wczoraj. Mieli wstać o piątej rano i zabrać się do roboty. Ostatecznie stanęło na ustawieniu budzika na szóstą, a na dobrą sprawę zaczęło się godzinę później. Kiedy wyszedłem o siódmej z psem na spacer, zwierzęta były już wybrane. Jeśli dobrze pamiętam, było ich sześć. Nieco się zdziwiłem, bo przed kurnikiem biegały przecież kaczki, ale gdy przystanąłem na chwilę, usłyszałem przeraźliwe kwakanie wyznaczonych na śmierć. Siedziały stłoczone w ciasnej drewnianej skrzyni. Mirek gotował obok domu wodę w wielkim kotle i między pustaki dokładał co chwilę drewno, żeby woda szybciej się zagotowała, ale i mogła gotować dłużej. Zastanawiałem się, do czego później posłuży, ale nie potrafiłem wymyślić nic sensownego.

Po spacerze z psem, spodziewając się nieuchronnego końca naznaczonych, położyłem się do łóżka, mając nadzieję na przespanie wydarzenia. Wstałem o dziesiątej, akurat w momencie, gdy z rodzinnej wsi Mirka przyjechała jego mama, siostra i szwagier. Mieli zabrać kaczki do Niemiec, były hodowane specjalnie dla nich. Przywieźli ze sobą sołtyskę. Wielką, otyłą kobietę o krótko ściętych włosach, przerażającej pewności chodu i diabelskim, a jednocześnie łagodnym uśmiechu. Rozmawiali przy kawie. Kawkowali ponad godzinę, debatując nad filozofią świadków Jehowy, nieuchronnością śmierci i nadzieją na nieśmiertelność. Co chwilę śmiali się głośno, a śmiech rzeczonej sołtyski nakrywał śmiechy pozostałych osób.

Po wypiciu kawy, wyszli z kuchni. Domownicy wraz ze szwagrem Mirka udali się do pobliskiego miasteczka załatwić wyjazd do pracy za granicę. Tymczasem ja z L. zostaliśmy poproszeni o wyniesienie kuchennego stołu za dom. Na nim skubaczki miały obedrzeć z pierza martwe już kaczki. Stół przestawialiśmy kilka razy. A kiedy skończyliśmy, zostałem na moment, by zobaczyć, co będzie dalej.

Wielka rzeźniczka pewnym ruchem odchyliła w kurniku wieko drewnianej skrzyni. Przy darciu się w niebo głosy stłoczonych kaczek, którym wtórował głośny kwak kaczek wolnych, wsadziła swoje tłuste łapsko do skrzyni, wyciągnęła kaczkę, wpychając jej głowę pod pachę. Podeszła do pieńka, gdzie szybko wyjęła kaczy łeb i nożem, którego domownicy używają na co dzień przy kolacji, przerżnęła jej kark, w taki sposób, by głowa nie odpadła, ale jedynie by krew mogła swobodnie płynąć. Kaczkę nachyliła do niedużej plastikowej miednicy, by wypłynęło z niej jak najwięcej krwi, którą przyjezdni z Niemiec przeznaczyli już wcześniej na czerninę.

Po wykrwawieniu, skubaczki wkładały kaczkę, prawdopodobnie już martwą, do kotła z wrzątkiem i nakrywały pokrywką. Po chwili wyciągały i delikatnym ruchem, bez specjalnego wysiłku wyskubywały kacze pierze, aż do zupełnego ogołocenia kaczki denatki. Wszystko powtarzały, aż skrzynia z kaczkami- wybrańcami została pusta, a miedniczka z krwią prawie zupełnie się zapełniła. Do krwi dolano nieco octu, żeby nie stężała, a miskę pozostawiono w przedsionku, na starym kredensie. „Żeby psy nie dorwały”.

A ja siedziałem w aromacie octu i krwi i pisałem opowieść o kaczym mordzie, co raz zerkając na miednicę i patrząc, jak czerwona krew powoli zamienia się w gęstniejącą ciemną kipiel tysięcy bąbelków, jakby próbowała ostatni raz zaciągnąć się świeżym powietrzem...

artykuł ukazał się w serwisie ithink.pl

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Czytaj dalej...

0

Auto(?)pedagogika. Garaż jako centrum kultury

środa, lipca 02, 2008

Garocin- "Jarocin w garażu", czyli jak dwudziestolatki zrobiły festiwal na wzór koncertów, które znają z opowieści...

Garocin- "Jarocin w garażu", czyli jak dwudziestolatki zrobiły festiwal na wzór koncertów, które znają z opowieści...

Niedaleko przed Słupskiem, na dawnym awaryjnym pasie startowym dla nieistniejącej już jednostki wojskowej, robimy postój. Kierowca parkuje tuż obok spokojnej rodzinki, która początkowo obserwuje nas z żywym zainteresowaniem. Kiedy jednak wytaczamy się z busa, otwieramy dla orzeźwienia piwo i dwudziestoletnim fiatem pandą dojeżdża do nas kolejna część ekipy, okazuje się, że jesteśmy bardziej przerażający niż "palący gumę" tuż obok dresiarze z BMW. Może to hard core punk sączący się z głośnika, a może punki, relikt przeszłości są dla współczesnych spokojnych rodziców mniej przewidywalni niż chłopaki z paskami na dresie.

Po wjeździe do Słupska przypominają mi się obrazki z dzieciństwa- wyjazd na zakupy lub do lekarza specjalisty z rodzicami do wojewódzkiego miasta, to było coś. Teraz miasto nie może się odnaleźć. Co rusz podnosi wspólnie z Koszalinem głowę, walcząc o Województwo Środkowopomorskie, ale już z coraz mniejszym przekonaniem. Cały czas zastanawiam się, jak będzie wyglądać miejsce koncertu. Obejrzałem zdjęcia z ubiegłego roku, zespoły wchodziły do garażu, gdzie ledwo mieściła się perkusja i przy otwartych drzwiach dawały koncert. Publika rozlewała się pod drzwiami. Po prostu "Garocin", czyli połączenie szarego, rozpadającego się garażu, stojącego w ciągu kilkudziesięciu podobnych, z duchem Jarocina. Mówicie- niemożliwe? Zdjęcia dały mi do myślenia- ale wciąż wątpię w możliwość odtworzenia ducha festiwalu z lat osiemdziesiątych. Garaż to jednak garaż, a nie wielka scena...

Dojechaliśmy do miejsca koncertu, kończy się asfalt, pojawiają dziury i widzimy ciągi garaży znane ze zdjęć. Uśmiechy zdziwienia i szoku robią się coraz szersze. Mijamy kilka rzędów garaży i dojeżdżamy do... całkiem sporej sceny z zadaszeniem, otoczonej taśmą, odgradzającą od publiczności. Obok namioty organizatorów i, nie da się ukryć, czujemy wielką ulgę. Scena otoczona od tyłu przebiegającą jakieś sto metrów dalej kolejową linią, chyba granicą Słupska, bo niczego nie można za nią już dojrzeć. Przed sceną dziesiątki nastolatków, ale i ludzi po trzydziestce. Irokezy, glany, skóry. Młodziutka dziewczyna ze starą gitarą, próbująca przekrzyczeć muzyków wspartych silnymi przodami głośników. Plac bardzo duży. Spodziewałem się maksymalnie trzydziestu osób, a jest grubo ponad setka. Za lewą stroną sceny parterowe, opuszczone ciągi betonowych budynków. Przypominają opuszczony PGR, bez szyb, bez framug okien nawet. Żałuję, że koncert nie odbywa się w tych zapadłych pomieszczeniach. Od prawej łąka otoczona przez stare garaże, z rozpadającymi się drewnianymi drzwiami. Na przeciwko sceny, jakieś dwieście metrów dalej widać stare kamienice, a pomiędzy nimi kocie łby drogi, jeszcze grubo sprzed wojny. Od strony kamienic i w stronę kamienic płynie strumień ludzi, wszystko jasne- jest otwarty sklep i jest blisko. Czyli jest dobrze, po piwo nie trzeba zapuszczać się wgłąb kamienicznej dzielnicy, mniejsze zatem szanse na dostanie po mordzie od dresiarzy.

Muzyka przeróżna. Rockowa kapela z coverami, później punk rock niczym z wczesnych dokonań Dezertera, połączony z The Clash i domieszką Sex Pistols. Grają nieźle. Frustracja wypływa z krzyku wokalisty, który wygląda niczym szeregowy skin head z filmu "romper stomper". "Nie jestem z pokolenia JPII! Nie!", "Bimber" i inne kawałki porywają publikę. Istne szaleństwo. Piętnastolatkowie skaczą obok trzydziestopięciolatków. Wrażenie wspólnego oporu przeciwko bzdurom z telewizji. Nie byłem w Jarocinie, ale wiem, co czuli zbuntowani przeciwko ówczesnemu systemowi, chociaż sam system zkanalizował bunt, tworząc festiwal. Tu jest o tyle inaczej, że nowy system stworzył warunki do zorganizowania festiwalu- bo co można zrobić, jeśli nie ma nic do roboty? M. opowiada mi, że Słupsk jest klasycznym przykładem zapadniętego pod ciężarem przemian ustrojowych miasta. I chyba ma 100% racji. Zatem, jeśli nie ma już nic i nie ma perspektyw, "no future" wykrzykiwane przez zespół z małej miejscowości pod równie zapadłym jak Słupsk Miastkiem w Powiecie Bytowskim, staje się prawdziwe. Bunt i krzyk są szczere, realne jak dwadzieścia lat temu.

Po "Rower Reverb" wskakuje na scenę zespół śpiewający po kaszubsku. W Słupsku niewiele osób rozumie o co chodzi, ale chłopaki grają i czują, że nie muszą się wstydzić. Podkultura autochtonów Pomorza nareszcie jest pełnoprawnym uczestnikiem kulturalnego wydarzenia. Nie w szkolnej piosence śpiewanej na apelu, nie w wymuszonym programie telewizji regionalnej, ale na scenie, na oddolnie zorganizowanym festiwalu w mieście, które zatrzymało się gdzieś w 1992 roku. Radiowóz policji zaparkowany w okolicy kamienic, tuż pod rozpadającym się betonowym murem nieco śmieszy. Alkohol jest wszędzie wokół i chyba nie ma zgody na jego spożywanie, wszak to publiczne miejsce, ale policja czuje, że wchodząc na teren koncertu, raczej zepsułaby wieczór sobie niż tańczącym w zapomnianym już prawie, szaleńczym pogo.

Po małej obsuwie wchodzimy na scenę. Wokalista w jednym z utworów znika ze sceny i obija mordę zaplątanemu przez przypadek na koncert faszyście, a może pijanemu, któremu podskoczyła agresja i zaczął znieważać kogo popadnie. Po zejściu ze sceny słuchamy jeszcze miejscowego zespołu- grupy znajomych, którzy specjalnie na koncert reaktywowali kapelę. Pakujemy się powoli do busa. Jakiś czas przed naszym występem cały teren wokół sceny ogarnia mgła. Gruba, tłusta mgła, która spływa na koncertową łąkę niczym izolacyjny klosz, potęgujący jeszcze wrażenie odrealnienia i przeniesienia się muzycznym wehikułem dwadzieścia lat wcześniej. Znowu ludzie razem, znowu bez przyszłości, znowu zbuntowani. System zmienił etykietę, ale w Słupsku raczej niewielu to interesuje- system wciąż istnieje. A póki istnieje i czuć jego oddech na karku, "no future" wydaje się jak najbardziej sensowne.

Słyszę nadjeżdżający pociąg i obserwuję, jak przez grube mleko mgły przebijają się jedynie światła przedziałów. Widać same oświetlone okna przepływające równo niedaleko za sceną. Zwiastun świata, któremu zaraz po koncercie trzeba będzie na nowo stawić czoła. Główny organizator- dwudziestoletni student wchodzi na scenę i informuje o zakończeniu imprezy. Dostaje ogromne brawa i uśmiechy zadowolonych muzyków i słuchaczy, chociaż trudno powiedzieć dokładnie kto jest kim, a role zatarły się przy wspólnym słuchaniu muzyki. Patrzę na szczerze zadowolone twarze ludzi, patrzę na dumnych z przygotowania wydarzenia organizatorów, którzy na dodatek muszą dopłacić z własnej kieszeni do wydarzenia i przypomina mi się pseudopunkowy świat, potrafiącego wykrzykiwać jedynie słowo "anarchia" bohatera serialu 39,5 (widać w Warszafce punk to synonim nieudacznika, czemu słupski koncert radykalnie przeczy).

Nie wiem, czy "punk rock never dies". Wiem, że dzisiaj na pewno nie umarł, a w Słupsku stary garaż spełnił rolę edukacyjnego centrum, pałacu kultury. Nie, nie kultury promowanej w największych mediach. Kultury żywej i prawdziwej, której uczestnicy sami uczą się, jak zorganizować sprzęt, zespoły i zachęcić publiczność do zabawy. Kultury młodych i nienastawionych komercyjnie animatorów. Niech żyje zatem autopedagogika, pedagogika garażu, gdzie wspólnie z kolegami z podwórka tworzy się idee i próbuje wcielić je w życie. Twój garaż również może być centrum kultury.

Odjeżdżamy. Organizatorzy wręczają mi litr wódki. Miała być skrzynka piwa, a wódka dla ochrony, ale ktoś znadinterpretował wspólnotę koncertową, wkradł się do namiotu i wypił piwo... W końcu to tylko, a może aż "Garocin"...

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Czytaj dalej...

2

Obrazek z osiedla

środa, czerwca 25, 2008

Wychodzę do osiedlowego sklepiku po... majonez. Zwyczajnie. Małe sklepiki mają to do siebie, że można nawet w różowych klapkach i starym dresie (co nie oznacza, że tak się właśnie ubrałem) wybrać się na zakupy. Mijam zatłoczony parking wzdłuż osiedla robotniczych hotelowców, dawniej zajmowanych przez delegacje studiujących tu bonzów z Afryki i Azji. Podobno co jakiś czas podjeżdżają jeszcze limuzyny z czarnymi ważniakami, którzy robią sobie zdjęcia na tle starych budynków, gdzie spędzili studenckie życie. W kawalerkach z jednym pokojem o powierzchni 30m2 "tymczasowo", od dwudziestu a i trzydziestu lat mieszkają całe rodziny. Trójka dzieci, mąż alkoholik, syn w dresie z paskami, córka w gimnazjum wymalowana na wzór okładki "Bravo", przez co można się pomylić i wziąć ją za osiemnastolatkę i żona, standardowo donosząca ciągnące do ziemi, przeładowane siatki z okolicznej "Biedronki" plus wielki pies niebezpiecznej rasy. Dzieciaki zarysowały kawałkami znalezionych gdzieś pustaków parking, wyrysowując sylwetki ludzi, kwiaty, czasami układ wymarzonego mieszkania z trzema pokojami.


Wychodzę do osiedlowego sklepiku po... majonez. Zwyczajnie. Małe sklepiki mają to do siebie, że można nawet w różowych klapkach i starym dresie (co nie oznacza, że tak się właśnie ubrałem) wybrać się na zakupy. Mijam zatłoczony parking wzdłuż osiedla robotniczych hotelowców, dawniej zajmowanych przez delegacje studiujących tu bonzów z Afryki i Azji. Podobno co jakiś czas podjeżdżają jeszcze limuzyny z czarnymi ważniakami, którzy robią sobie zdjęcia na tle starych budynków, gdzie spędzili studenckie życie. W kawalerkach z jednym pokojem o powierzchni 30m2 "tymczasowo", od dwudziestu a i trzydziestu lat mieszkają całe rodziny. Trójka dzieci, mąż alkoholik, syn w dresie z paskami, córka w gimnazjum wymalowana na wzór okładki "Bravo", przez co można się pomylić i wziąć ją za osiemnastolatkę i żona, standardowo donosząca ciągnące do ziemi, przeładowane siatki z okolicznej "Biedronki" plus wielki pies niebezpiecznej rasy. Dzieciaki zarysowały kawałkami znalezionych gdzieś pustaków parking, wyrysowując sylwetki ludzi, kwiaty, czasami układ wymarzonego mieszkania z trzema pokojami.

Z parkingu skręcam w uliczkę/ plac okupowany przez gromadę grających w piłkę. Ośmiolatki grają z czternastolatkami. Trzynastka ubrana w mini pokazujące majtki, głęboki dekolt i porwane rajstopy mizdrzy się do osiemnastolatka z golfa II. Kilka sześcioletnich dziewczynek wdrapuje się na płot, odgradzający mój hotelowiec od reszty osiedla. Muszą pokonać przeszkodę, bo kilka dni temu pan konserwator załatał dziurę w płocie. Załatał nie na długo, ale chwilowo dzieciaki mają ciekawsze zajęcia niż rozsupływanie metalowych węzłów. Czteroletnia, przynajmniej tak sądzę, Olka snuje się jak zawsze. To przytula się do jednej ze starszych koleżanek, to do drugiej, łazi za dzieciakami niczym pies, prawie nic nie mówi. A kiedy zostawiają ją samą, bo to w końcu taka kula u nogi, zabawka na chwilę, ta wyje w niebo głosy. Ale matka nigdy nie przychodzi.

Dochodzę do sklepu. Przywiązuję psa do łańcuchowej poręczy płotu. Po wyjściu przyglądam się miejscowym, nastoletnim dresom, którzy majestatycznie wracają ze spaceru ze swoimi krwiożerczymi psami i patrzą z pogardą, czekając na zaczepkę. Ale ja patrzę tak samo więc z zaczepki nici, bo w dzielnicy, gdzie łatwo dostać po mordzie, trzeba wyglądać na kogoś, kto jest nieprzewidywalny i również skłonny "obić ryja". Chcę ruszać z psem dalej, gdy nagle słyszę nad głową:

- Kurwa, uważaj chuju pierdolony, bo zejdę i ci zajebię!- Zerkam w górę, szukając słów by odpowiedzieć, ale zauważam, że pięćdziesięcioletnia kobieta wykrzykuje te słowa do dziesięcioletniego chłopca, bawiącego się z innymi piłką. Chłopak nie pozostaje dłużny:

- Żebym ja do ciebie nie przyszedł kurwo i ci nie przypierdolił!- wszyscy przechodnie nieruchomieją. Tylko dwie alkoholiczki, zmierzające popołudniowym rytmem po kolejne piwo "supermocne" albo "wisienkę", ratują sytuację:

- Nie pyskuj gnojku. Wiesz, że babka ma nierówno pod sufitem. Mijam towarzystwo. Zauważam, że na dachu przybudówki do hotelu wariują chłopcy, którzy po rynnie tam się wdrapali. Nie czekam aż zlikwidują rynnę, albo wykują dziurę w ścianie budynku i krzyczę:

- Ej, chłopaki, wypierdalać z tego dachu! (nie ma to jak pedagogiczne podejście). Czekam aż zejdą, zbiegają w pośpiechu. Pierwszy zeskakuje siedmiolatek, staje obok mnie i wydziera się na całe gardło do powolniaków, którzy zostali w tyle za nim:

- No, co jest, wypierdalać, kurwa! Zszokowany wracam do hotelu. Na parkingu zauważam, że wolne miejsce zajął zielony pojazd, w nim zamroczony już facet. Znam go, dwa razy w tygodniu podjeżdża samochodem na parking, pali papierosa za papierosem. Czasem sam, czasem z towarzyszem. Pije piwko za piwkiem dopóki nie zaśnie. Po obudzeniu odjeżdża w swoją stronę...

Może poczytam o "Społeczeństwie sieci", potrzebuję sience- fiction...


Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Czytaj dalej...

3

Aktor jest we wsi...

czwartek, lipca 26, 2007

Przyjechaliśmy. Zaparkowałem samochód na podwórku, tak, żebym później nie musiał nawracać i uważać na rozbiegane kurczaki. Co oczywiście nie wykluczało konieczności zwrócenia uwagi na psy, które zawsze, gdy przyjeżdżamy, chłodzą się w cieniu pod samochodem. Weszliśmy do środka.


Przyjechaliśmy. Zaparkowałem samochód na podwórku, tak, żebym później nie musiał nawracać i uważać na rozbiegane kurczaki. Co oczywiście nie wykluczało konieczności zwrócenia uwagi na psy, które zawsze, gdy przyjeżdżamy, chłodzą się w cieniu pod samochodem. Weszliśmy do środka. Mirek poderwał się z krzesła i zanim jeszcze zdążyliśmy się przywitać z ciotką, wykrzyczał:

- "Widzieliście aktora?"
- "Aktora? Nie, nie widzieliśmy..."
- "No tego, z "M jak miłość, o! Jedzie po drugiej stronie wioski Hammerem!"

Wyjrzeliśmy przez okno i ujrzeliśmy tylko znikający w oddali czarny samochód. Rzeczony aktor podobno grał policjanta w "Plebanii" i, jak sprostowała Irka, kogoś w "Pierwszej Miłości". Ani LM ani ja nie wiedzieliśmy o kogo chodzi. W końcu zapytałem:

- "Ale jak się nazywa?"
- "jak, no jak, no... nie wiem... no aktor, no!"

Piliśmy kawę. Krzesło, na którym usiadłem, prawie się rozpadło i musiałem je oprzeć o ścianę, żeby nie wypadło oparcie. Temat aktora wciąż żywy, ale Mirek proponuje, żebyśmy pojechali zobaczyć nowe domki nad jeziorem. Podobno jakaś babeczka z miasta postawiła trzy wielkie przyczepy, "takie jak w Ameryce", i wynajmuje. Nie chce mi się jechać, bo ewentualnie wolałbym wpaść nad jezioro pod namiot, żeby zaoszczędzić pieniądze. Ale Mirek jest uparty. Próbuję więc wyciągnąć LM, ale nie chce. Mówi, że mamy jechać sami. Wsiadamy do samochodu.

Pojechaliśmy. Zaraz przed końcem asfaltu Mirek krzyczy, żebym skręcił w lewo i wjechał w las, tuż obok domku, przed którym gra w piłkę jakaś rodzinka. Przed samym domkiem trzeba skręcić w prawo i zjechać w dół, żeby dojechać do przyczep. Skręcam, ale Mirek nagle krzyczy:

-"Widzisz?!"
- "Co?!"- zapytałem
- "Aktor!"

Z wrażenia przychamowałem i w tym momencie wzrok dwóch głupawo wyglądających z samochodu osób (tak, to my), spotkał się ze wzrokiem... aktora, który stanął jak wryty dwa metry przed samochodem. Zaraz po tym zjechaliśmy kawałek w dół, w stronę przyczep, ale gdy zauważyłem, że nie można w dole zawrócić, powiedziałem Mirkowi, że nie ma sensu tam zajeżdżać. Zwłaszcza, że byli tam już turyści.

I tym sposobem, zaraz po spotkaniu z aktorem musiałem wrzucić wsteczny bieg i cofać powoli pod górę, znowu widząc aktora, ale tym razem to on oglądał nas niczym stado pawianów. Bo delikatny zjazd w dół, niby celem zobaczenia przyczep kempingowych, nie tylko mnie, ale i aktorowi wydawał się chyba kiepską wymówką.

Mirek cieszył się jak dziecko.

- "Teraz wiesz który to?"
- "Tak, teraz wiem, widziałem go kiedyś w "Plebanii"
- "A nie mówiłem?"- powiedział z satysfakcją Mirek, rozmarzył się i odezwał dopiero, gdy przyjechaliśmy do domu Ciotki.

- "Widzieliśmy aktora- był w tym domku za tysiąc złotych za tydzień"- wykrzyknął na wejściu Mirek. Musiałem jeszcze LM i Ciotce tłumaczyć co to za jeden, z jakiego serialu (teraz to ja byłem tym wiedzącym, chociaż nie powiedziałem więcej niż wcześniej Ciotka). I tak nie wiedziały o kogo chodzi więc zapytały, jak się nazywa:

- "No aktor, no..."- odpowiedziałem.

Kempingowy podstęp Mirka, dzięki któremu pojechaliśmy oglądać aktora, ubawił mnie po pachy. Podobno pijaczka Jola rozmawiała z nim pod "środkowym sklepem", jak robił zakupy. Tylko chłopakom spadł nieco w rankingu, bo jeździ Hammerem H3, a nie H1, a "takie to tylko w Niemczech" można zobaczyć. W każdym razie wieś ma o czym rozmawiać. Co jak co, ale aktora to we wsi jeszcze nie było. Musi być jakiś dziwny, bo przyjeżdżać tu, gdzie się asfalt kończy? Ja nie wiem, to ludzie tak mówią...

W każdym razie, aktor jest we wsi...

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Czytaj dalej...